Etykiety

niedziela, 31 marca 2013

paint your hair! part 1 - Marion Express Mousse.

http://www.photoxpress.com/photos-black-brush-clip-16166713

Cóż, o farbowaniu moich włosów mogłabym napisać pokaźnych wielkości książkę. Przeszłam chyba przez wszystkie kolory i stylizacje - te bardziej udane, jak i te całkowicie nietrafione. Najlepiej jednak wychodzi mi samodzielne malowanie włosów drogeryjnymi farbami. Przyznam się szczerze - przede wszystkim liczy się niski koszt zabiegu (ah, te studenckie życie). Ilekroć farbowałam włosy u specjalisty, tylekroć wychodziłam z pustym portfelem i niezadowoleniem malującym się na mojej twarzy. Być może trafiałam na fryzjerów bez wyobraźni, idących po najmniejszej linii oporu, niezbyt sposobnych do eksperymentów - temu nie przeczę. Jednak o wiele lepszy efekt udaje mi się uzyskać samodzielnie, więc po co przepłacać? 


Ale wracając do sedna tematu. Rudość, którą nosiłam na głowie przez półtora roku, nie dawała mi tego "czegoś", tej wyrazistości. Ostatnio więc zapałałam ogromną sympatią do czerwieni na głowie. I to był strzał w dziesiątkę. Czuję się z tym kolorem wyśmienicie. Podkreśla moje zielone oczy i fajnie komponuje się z kolorystyką moich ubrań. Jak więc odnaleźć ten idealny odcień? Przede mną dluga droga, ale parę eksperymentów mam już za sobą i właśnie refleksją z nich chciałabym się z Wami podzielić.

Od kiedy poznałam farbę w piance, zakochałam się w tej formie koloryzacji. Jak dla mnie fenomenalny wynalazek, który nie tylko znacznie ułatwia, ale także uprzyjemnia ten nie zawsze miły zabieg. Łatwa aplikacja, zero smrodu, cieknącej i pryskającej farby oraz sprzątania po malowaniu. Cudo. Jednak pianka piance nie jest równa. Każdy z producentów chce dodać coś od siebie - a to zmieniając aplikator, a to zapach, a to sposób zastosowania. A ja lubię próbować różnych rozwiązań. A co mnie skłoniło do napisania tego posta? Otóż nieudane farbowanie, którego właśnie dziś dokonałam :) Także można ten post nazwać - "ku przestrodze" :) Jednak aby ten post nie był zbyt długi, postanowiłam go podzielić na części.

PART 1 - MARION EXPRESS MOUSSE:




Pierwszą pianką, a zarazem próbą ożywienia czerwonym odcieniem moich włosów, była pianka Marion Express Mousse 223 Rubinowa czerwień. Miałam wtedy znacznie krótsze włosy, więc uznałam, że jedno opakowanie wystarczy. Cena - 11zł, pomyślałam - świetnie, spróbuję, mała strata. Pierwsze wrażenia z zastosowania pianki - cudownie. Aplikacja - bez zarzutów. Wydajność - jedno opakowanie na średniej długości włosy i jeszcze zostało! Prawie farba ideał. Myślałam, że odkryłam skarb. Jednak to było zbyt piękne, żeby mogło okazać się prawdziwe. Po wysuszeniu włosów, moim oczom, zamiast pięknej wymarzonej rubinowej czerwieni, pokazały się niezwykle ciemne włosy, można by określić - ciemny brąz z lekką czerwoną poświatą. Załamałam się... Jeszcze nigdy wypróbowana przeze mnie drogeryjna farba nie dała mi, tak odwrotnego niż zamierzony, rezultatu. Przed oczami stanęły mi te czasy, gdy bezskutecznie próbowałam zejść ze znienawidzonego czarnego koloru, który zafundowały mi "profesjonalne" fryzjerki. Wzdrygnęłam się na myśl o kolejnej dekoloryzacji. Ale cóż mogłam już w tej chwili zrobić? Pozostawiłam ten kolor do wypłukania, a że myję włosy codziennie, także miałam nadzieję, że się szybko to paskudztwo wymyje. Dodam, że mam naturalny bardzo jasny blond, a że pokryłam farbą wypłukane, rude włosy, także liczyłam na efekt, który przedstawiało zdjęcie na pudełku. Na tę chwilę byłam zniesmaczona. Cóż, w końcu przywykłam do koloru na głowie, ba, nawet mnie za niego pochwalono, także nie musiałam zakładać torby na głowę, ani ukrywać swoich włosów pod czapką (latem). Czy się wypłukało? Raczej nie. Kolor wypłowiał, i w zasadzie ten pigment czerwony się bardziej uwidocznił, ale to nie było to. Od tamtej chwili przestałam wierzyć zdjęciom na pudełkach. (Ale w takim razie - czym się więc kierować przy wyborze farby? Pozostawię to pytanie bez odpowiedzi. ) Dalsza część historii przedstawia się następująco: po jakimś miesiącu pomalowałam włosy kolejną farbą, ale o niej napiszę w poście kolejnym.
To jednak nie koniec przygoty z tą marką. Trochę czasu minęło, a że "starość nie radość", zapomniałam o skutkach zastosowania tej farby. Także nieświadoma tego, zakupiłam kolejną farbę Marion Express Mousse 222 Wiśnia. Skutków można się było domyślić. Włosy prawie czarne, z leciutką czerwoną poświatą. I jak tu się nie wściec... Teraz pozostaje mi czekać, aż się te nieszczęsne włosy wypłuczą. Do tej pory będę intensywnie myśleć, jaką farbę wybrać, a w kalendarzu zapiszę sobie, aby pod żadnym pozorem nie sięgać po tę farbę. 

Moja ocena farby - 5/10.

PLUSY:
- cena - główny atut farby, waha się między 10-13zł;
- krycie - bardzo dobrze pokryła moje bardzo jasne odrosty;
- zmywalność ze skóry - bardzo dobra, w porównaniu do przetestowanych przeze mnie;
- odżywienie - trudno mi powiedzieć, czy to kwestia farby, czy odżywki, którą używam po farbowaniu, ale włosy dało się rozczesać (w przeciwieństwie do Palette);
- aplikacja - chyba najbardziej wygodna z dotychczas przetestowanych;
- wydajność - bardzo wydajna, ale to chyba domena większości farb w piance.


MINUSY:
- kolor - zdecydowanie odbiega od przedstawionego na zdjęciu. Nawet nie chodzi o odcień, to diametralna różnica uzyskać zamiast czerwieni (czy nawet bordo) ciemny brąz. To jest zdecydowanie największy minus, przez który więcej nie sięgnę po tę farbę;
- brak maseczki/odżywki dołączonej do opakowania;



A może Wy macie swoje typy drogeryjnych farb, które możecie ocenić 10/10?



Jak widać, więcej plusów niż minusów, ale ja dążę do idealnego koloru, którego ta farba mi nie dała. W następnej notce dam recenzję farby Wellaton mousse 66/46 Wiśniowa czerwień.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz